Ponieważ kwestia sądownictwa w ostatnich tygodniach intensywnie łączy i dzieli polskie społeczeństwo, skorzystam z okazji i dołożę do tego ognia parę drew również od siebie. Uważam bowiem, że przydałby się w polskim prawie jakiś przepis, który pozwoliłby pozwać autora za krzywdę wyrządzoną na czytelniczym umyśle. Gdyby tak było, bez wahania pozwałabym K.N. Haner, autorkę powieści Na szczycie, która wyrządziła mi tyle szkody, jak jeszcze żadna inna książka w całym moim życiu. Niech najlepszym dowodem na to będzie, że choć jak ognia unikam pisania o złych książkach, bo zwykle ich po prostu nie czytam do końca, tak nie mam sumienia podarować tej konkretnej powieści. O tym trzeba pisać, o tym trzeba mówić, ponieważ to jest tak złe, że brakuje skali, a za chwilę dowiecie się, dlaczego.


Rebeka Staton ma dwadzieścia jeden lat i na życie zarabia jako striptizerka w nocnym klubie w Los Angeles. Lwią część swojej pensji i napiwków wysyła swojej matce, wierząc, że otrzymane pieniądze matka wydaje na życie i opiekę zdrowotną. Nie trzeba geniusza, by wiedzieć, że wcale tego nie robi, jednak nasza bohaterka bardzo długo żyje złudzeniami, mimo że jej najlepszy przyjaciel i zarazem współlokator, Trey, bezustannie stara się wyprowadzić ją z błędu. Niestety, bezskutecznie. Reb to intelektualny nieuleczalny przypadek i tak pozostanie do końca tej powieści.

Pewnego dnia, jak to zwykle w życiu i w powieściach bywa, w życiu Rebeki wydarza się coś, co na zawsze odmienia jej i moje losy (moje dlatego, że mam bardzo silne przekonanie, iż przez bardzo długi czas nie trafię, nawet przypadkiem, na drugą tak złą książkę). Dziewczyna poznaje bowiem mężczyznę, oczywiście przystojnego, seksownego i eleganckiego, na myśl o którego cudownym ciele, jak sama pisze, jej cipka zapulsowała. Facet podchodzi do niej i prosi o to, by zatańczyła dla niego prywatnie, poza klubem. Ona się nie zgadza, więc on oczywiście błaga ją dalej. Na to interweniuje trzech ochroniarzy, nie pozwalających (zresztą słusznie) na cielesny kontakt tancerki z klientem. Reb ze strachu ucieka za scenę, gdzie jej szefowa ni stąd ni zowąd oznajmia, że ją zwalnia i że ma spieprzać, bo dziewczyna jest dziwna, straciła „to coś” i sprawia same problemy. Czyli teraz mamy taką sytuację, że Rebeka zostaje bez pracy, ale nie na długo, bo przed klubem czeka na nią ów przystojny koleś z klubu, który okazuje się być Sedrickiem Millsem, menedżerem ultrapopularnego zespołu rockowego. Mężczyzna proponuje jej, by została ich tancerką i wyruszyła z nimi w trasę koncertową. Oczywiście wystarczy zaledwie kilka godzin, by dziewczyna zgodziła się i na dodatek wciągnęła w całą akcję swojego przyjaciela Treya (który całkiem przypadkiem studiuje edycję dźwięku). Potem jest już tylko ciekawiej.

Powinniście wiedzieć również bardzo istotną dla tej powieści rzecz, mianowicie, że na początku całej historii Rebeka jest dziewicą. Gdy po pierwszym dniu znajomości z Sedem nieco ich ponosi i lądują w łóżku, ona nagle się blokuje i ucieka, po czym wraca do domu, do Treya i prosi go o rozdziewiczenie, co okraszone jest narracją typu:
Z ciekawości rozkraczyłam się przed lusterkiem, by zobaczyć się tam na dole, już po kąpieli oczywiście. Nie ma różnicy, może jestem trochę opuchnięta i zaróżowiona, ale nic się nie zmieniło. Czego ja się niby spodziewałam? Sama nie wiem. Roześmiałam się sama z siebie.
- Co ty robisz? - do łazienki wparował Trey i spojrzał na mnie jak na wariatkę.
- Oglądam swoją nową cipkę.

Słowo daję, cała ta książka pełna jest takich smaczków (- Trey tylko cię naruszył, ja przebiłem cię do końca - powiedział dumny jak paw). Reb w ogóle nie ma żadnych oporów, by w gruncie rzeczy obcym ludziom opowiadać o swoim intymnym życiu, na przykład o tym, że dopiero co straciła dziewictwo ze swoim najlepszym kumplem i od tego czasu krwawi. Ale to jeszcze nie koniec, bez obaw. Sed bowiem po czterech, CZTERECH! dniach znajomości proponuje Reb małżeństwo (mimo że w dniu, w którym ją poznał, zwiał sprzed ołtarza innej dziewczynie, która, jak twierdzą wszyscy członkowie zespołu, była „dziwką pieprzącą się ze wszystkimi członkami zespołu”), na co ona z ochotą przystaje. Ale to WCIĄŻ nie jest koniec! Chwilę później wychodzi na jaw, że Sed bardzo lubi, gdy jego kumple z zespołu uprawiają seks z jego kobietą, ale tylko wtedy, gdy on o tym wie i daje na to swoje pozwolenie. Nie mija więc dużo czasu (jakieś kilka dni), kiedy Reb z hasłem „ja nie jestem taka” na ustach, uprawia grupowy seks z chłopakami z kapeli i w dodatku pozwala się nagrać, żeby nagrania te wysłać do Sedricka. Dziewczyna nie ma też absolutnie żadnej wiedzy o własnym ciele i najwyraźniej nie zdaje sobie sprawy, że może zajść w ciążę nie stosując antykoncepcji:
- Nie mam przy sobie gumki! - krzyknął w niebo i kopnął w zderzak.
- Ja nie mam żadnych chorób - podsunęłam się na zimnej masce. Sed chyba spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
- Wiem, ja też nie mam.
- Więc w czym problem?
- Już raz spuściłem się w tobie bez gumki, nie mogę tak ryzykować. O cholera!
Faktycznie. Pierwszy raz.
- I co? Mogę być teraz w ciąży?! - pisnęłam i zsunęłam się z maski.
- Spokojnie, w szpitalu powiedziałem o tym lekarzowi, ale sprawdził na usg i stwierdził, że to niemożliwe, abyś zaszła w ciążę w tej fazie cyklu.

Kolejne koszmarne elementy tej książki to:
- Reb opowiada Sedowi, że była molestowana w dzieciństwie, a kochanek jej matki próbował wsadzić jej penisa w usta. Przez kilka chwil oboje przeżywają tę historię, po czym zaczynają uprawiać seks, a Sed szczytuje w ustach Reb, co skutkuje tym, że dziewczyna jest przerażona i w rozpaczy, a on ją przeprasza, BO ZAPOMNIAŁ;
- Sugerowanie kobiecie, że powinna się zabezpieczać, bo mężczyźni nie lubią prezerwatyw:
- Masz gumki? - zapytałam bezwstydnie.
- Mam, ale czy nie myślałaś o tabletkach albo zastrzyku?
- Po co? Gumki mi odpowiadają.
- Facetom nie bardzo. Są niewygodne, a ich najgorszą cechą jest to, że trzeba o nich, kurwa, pamiętać w najlepszym momencie.
- Ratownik medyczny z karetki, który informuje Reb, że jest w drugim lub trzecim tygodniu ciąży, podczas gdy z medycznego punktu widzenia drugi i trzeci tydzień ciąży to zgodnie z kalendarzem ciąży czas, kiedy dopiero dochodzi do zapłodnienia! Tymczasem nasza bohaterka miała już ciążowe objawy (mdłości i wymioty). Autorka nie odrobiła najwyraźniej pracy domowej z biologii... i nie tylko, jak widać. Warto przy okazji pamiętać, że żeby pisać książki, trzeba posiadać odrobinę wiedzy, lub chociaż mieć jako takie pojęcie, gdzie tę wiedzę znaleźć, aby nie skompromitować się do cna.    

Z szacunku dla moich nerwów i nerwów moich Czytelników na tym zakończę, bo przedzieranie się po raz kolejny przez tę ośmiusetstronicową lekturę było wystarczająco bolesne za pierwszym razem, bym miała robić to po raz kolejny. Sama nie wiem, czy jestem bardziej zniesmaczona, zła czy rozczarowana tym, że książki takie jak ta w ogóle ukazują się na rynku. I nie chodzi mi już nawet o to, że ona jest napisana koszmarnie źle, tylko o to, że przedstawione w niej relacje międzyludzkie, motywacje i zachowania są zwyczajnie szkodliwe i wypaczone. Główna bohaterka jest niedojrzałą emocjonalnie osobą, która zamiast szukać pomocy, samodzielnie tłumaczy sobie swoje własne, głupie zachowania i zazwyczaj nie patrzy dalej niż czubek swojego własnego nosa. Reszta bohaterów nie jest zresztą o wiele lepsza.
Jeżeli po taką książkę mają sięgnąć młode i nieukształtowane jeszcze emocjonalnie dziewczyny czy młode kobiety, to ja po prostu mam obawy. 

Liczba stron: 794
Wydawnictwo: Novae Res

Ocena (1-10): 1 - beznadziejna
Wiedziałam, że mogę spodziewać się zakończenia, które mnie zaskoczy. Trudno było mi zresztą spodziewać się czegoś innego, skoro właśnie ten element książki jest najbardziej przez wydawcę eksponowany. I słusznie, bo zakończenie faktycznie robi wrażenie. Ale czy na pewno jest ono największym atutem tej powieści?

Louise, główna bohaterka powieści jest nieco zgorzkniałą i samotną rozwódką wychowującą kilkuletniego syna. Trudno przy tym powiedzieć, by jej życie było specjalnie ekscytujące, ponieważ większość czasu spędza na zmianę w pracy i w domu. Pewnego dnia udaje jej się jednak kogoś poznać. David jest przystojny, czarujący i ma klasę... niestety, bardzo szybko okazuje się być jej nowym szefem, w dodatku żonatym. A żeby tego było mało, żona Davida okazuje się być absolutnie urocza i Louise nie potrafi odmówić sobie budzącej się między nimi przyjaźni. Na czym więc stoimy? Louise nawiązuje romans z Davidem i jednocześnie coraz bliżej zaprzyjaźnia się z Adele. Jak już w coś wpaść, to po całości, prawda?

Dalej robi się coraz bardziej interesująco. Kobieta lawiruje bowiem pomiędzy Davidem i Adele, nie do końca zdając sobie sprawę z faktycznej relacji między małżonkami. Wie tylko tyle, na ile oboje jej pozwalają. W dodatku dość szybko okazuje się, że Adele sprytnie manipuluje swoją nową znajomą i stara się ją wykorzystać do swoich celów. Jakich? Tego nie zdradzę, musicie dowiedzieć się tego sami.

Nie ulega wątpliwości, że Pinborough udało się w swojej powieści zbudować napięcie, które udziela się Czytelnikowi. Wiecie, to jest tego typu uczucie, że spinają się wam wszystkie mięśnie i mimowolnie zaciskacie szczęki czując, że za chwilę COŚ się wydarzy. I przez większość czasu jest naprawdę rewelacyjnie... a potem książka kończy się tak, że sama nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać. Było zupełnie tak, jakby postawiono przede mną kawałek pięknego tortu, a okazało się, że ten brązowy krem to nie czekolada, tylko wątróbka. I nie, że wątróbka będzie zła sama w sobie. Ona po prostu do tego tortu nie pasuje za cholerę. I właśnie tak jest z zakończeniem tej książki.

Tytuł oryginału: Behind her eyes
Liczba stron: 400
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka


Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra



To kwestia genów.
U nas to genetyczne.
Masz to w genach.



Czym właściwie są geny? Co jest w nich takiego, że dzięki nim jesteśmy, jacy jesteśmy i wyglądamy tak, a nie inaczej? Są tajemnicze, skomplikowane i dla wielu wydają się wręcz boskie. Nic więc dziwnego, że nad odkryciem tajemnic kodu genetycznego i samych genów pracowały i pracują tysiące tęgich głów - naukowców, których celem jest jak najgłębsze ich zrozumienie. Fakt faktem, mają nad czym pracować, bowiem jak w swojej książce Największa tajemnica życia. Jak rozszyfrowano kod genetyczny wspomina wielokrotnie jej autor, Matthew Cobb, odkrycie, jakimi prawami rządzą się geny, na co wpływają i od czego zależą, to żmudne i niezwykle czasochłonne zajęcie.

Nie będzie niczym zaskakującym jeśli powiem, że książka Cobba nie jest lekturą dla każdego, w końcu nie każdy jest zafiksowany na punkcie nauki. Ponadto książka może być dosyć trudna w odbiorze dla kogoś, kto swoją biologiczną edukację zakończył na poziomie szkoły średniej, ale to akurat jest całkowicie zrozumiałe w przypadku lektury tego typu. Sama nie raz i nie dwa musiałam zerkać do Wikipedii, żeby zrozumieć, o czym w ogóle mowa, chociaż jakieś tam podstawy genetyki znam i nie jestem do końca zielona w tym temacie. Pomijając jednak kwestie trudnych do zrozumienia pojęć, muszę uczciwie przyznać, że Największa tajemnica życia... jest lekturą niezmiernie fascynującą. Nie tylko dlatego, że traktuje o jednym z najbardziej skomplikowanych i tajemniczych zagadnień nauki, ale też z tego względu, że pokazuje, jak wielką determinacją i ambicją musieli cechować się ludzie, którzy chcieli odkryć tajemnice genotypu. Cobb zabiera nas w podróż po świecie ludzi owładniętych żądzą odkryć, a taka podróż nigdy się nie nudzi.  

Tytuł oryginału: Life's Greatest Secret: The Race to Crack the Genetic Code
Liczba stron: 568
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra

Rzadko się o nich w mediach mówi, jeszcze rzadziej pisze, a jednak były, funkcjonowały i ginęli w nich ludzie. Gdyby porównać liczbę ofiar, które pochłonęły, z liczbą ofiar nazistowskich obozów koncentracyjnych, wypadłyby na ich tle co najmniej blado. Nie zmienia to jednak faktu, że pozostał po nich wyraźny ślad i że trzeba o nich pamiętać… lub dowiedzieć się, że w ogóle funkcjonowały, bo wciąż nie wszyscy mają świadomość ich istnienia. 

Nie nazwę ich polskimi obozami koncentracyjnymi, jak zrobił to Łuszczyna, tak samo jak nazistowskich obozów nie nazwę niemieckimi. Nie wydaje mi się to właściwe i budzi mój wewnętrzny sprzeciw. Mogę jednak zrozumieć, co autor miał na myśli i co prawdopodobnie chciał tym kontrowersyjnym, zdaniem wielu, tytułem osiągnąć. 

W swoim reportażu porusza bowiem temat obozów pracy, które od końca II wojny światowej powstawały na ziemiach polskich i pod których działalność często wykorzystywano istniejącą już infrastrukturę obozów koncentracyjnych stworzonych wcześniej przez nazistów. Nowo powstałe komunistyczne polskie władze gromadziły w nich m.in. mieszkających w Polsce Niemców i Volksdeutschów. 

Komendant obozu wita zganianych do Świętochłowic-Zgody Ślązaków słowami: „Auschwitz to była pestka przy tym, co wam tu zgotuję”. Nie żartuje. Ma wyobraźnię. Osobiście morduje Ślązaków i Niemców. Bije ich drewnianą pałką, dopóki nie zmienią się w krwawą miazgę. Trzeba sprzątać  gabinet szefa, długo szorować szczotką i wodą z mydłem. Komendant wymyślił też piramidę. Każe kłaść się nagim ludziom jeden na drugim, aż stos sięgnie sufitu. Żeby być pewnym, że ci na samym dole nie przeżyją, wdrapuje się na wierzchołek i jeśli ma odpowiednio dużo miejsca – tańczy kalinkę. W aparacie bezpieczeństwa ma przezwisko „Wariat”. „Obdziera ludzi ze skóry” – taka fama krąży po korytarzach katowickiego UB. Na jego polecenie zwłoki zakopuje się w zbiorowych mogiłach lub pali tuż za granicami obozu”. 
str. 38-39

Łuszczyna śledzi dokumenty, w których pozostał ślad po istnieniu obozów i, co zawsze robi najbardziej wstrząsające wrażenie, przytacza wspomnienia ludzi, którzy obozy pamiętają.

Morel przywitał nas słowami: „Wy hitlerowskie kurwy, Oświęcim to było przedszkole w porównaniu z moim sanatorium”. (…) W obozie były kobiety, dzieci, byli starsi mężczyźni – oni umierali najszybciej. Najpierw zaatakowały głód i zimno. Szybciej niż tyfus. Błyskawicznie zniknęły wszystkie kępki trawy. Kobiety biegały z kijami po baraku i polowały na szczury. Zresztą te szczury były tłuste. Żywiły się do syta w tym baraku trupiarni. str. 74

Należy mieć świadomość i przygotować się na to, że Mała zbrodnia nie jest książką, po przeczytaniu której odłoży się ją na półkę i o niej zapomni. Nakreślone przez Łuszczynę obrazy zostają w głowie i tkwią pod powiekami jeszcze długo, przypominając o dramacie i bestialskości jaki zafundowano tkwiącym w obozach więźniom. 

Większość kobiet, dzieci, mężczyzn i starców szybko zamieniała się w żywe szkielety. Za podwójnym ogrodzeniem i pasem śmierci, na który szperacze patrzyły od zmierzchu do świtu, bito, gwałcono i mordowano. Załoga, złożona z mieszkańców Jaworzna i okolicznych wsi, nie znała litości. Według profesora Piotra Madajczyka, historyka prowadzącego badania na temat obozu, bicie zaczynało się już pod prysznicem, kiedy nowo przybyli byli nadzy. Więźniów rażono prądem, wystawiano nagich na mróz, zanurzano w bunkrach z wodą – tę torturę nazywano Wasserzellen. Lepiej było, kiedy śmierć przyszła  w czasie zanurzania, oszczędzało to dodatkowych cierpień. Polacy często krzyczeli „Utoń, szwajne, oszczędź nam roboty!” str. 164

Nad Małą zbrodnią da się przejść do porządku dziennego. Ciężko i boleśnie żyje się ze świadomością, że wydarzenia opisane w reportażu w ogóle miały miejsce, że dzieci, kobiety i mężczyźni byli gnębieni i ginęli w akcie zwyczajnej zemsty za hitlerowskie zbrodnie. O książce Łuczyny powie się pewnie jeszcze wiele i wiele batów spadnie na autora za jej tytuł, ale jedno jest pewne – zdecydowanie nie można obok niej przejść obojętnie i udawać, że nie istnieje. 

Wszystkie cytaty pochodzą z książki Marek Łuszczyna - Mała zbrodnia. Polskie obozy koncentracyjne, wyd. Znak Horyzont, 2017.   

Liczba stron: 304
Wydawnictwo: Znak Horyzont

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra
Zawsze kiedy w magazynach wnętrzarskich oglądałam projekty domów z przeszklonymi ścianami, myślałam sobie, że to musi być przerażające, mieszkać w domu, w którym ktoś obcy może bez najmniejszego problemu podglądać cię z zewnątrz, a ty nie będziesz mieć o tym zielonego pojęcia. Nora, główna bohaterka powieści Ruth Ware W ciemnym mrocznym lesie pomyślała podobnie, kiedy trafiła na wieczór panieński swojej byłej przyjaciółki do ekskluzywnej, "szklanej" posiadłości w środku lasu.

Dla Nory cała ta impreza już od samego początku była co najmniej dziwna, a dziewczyna nie do końca wiedziała, dlaczego właściwie została na nią zaproszona. Ona i Clare, czyli przyszła panna młoda, przez ostatnie dziesięć lat nie zamieniły ze sobą ani jednego słowa, a jednak Clare zdecydowała, że chce, by Nora była obecna na jej przyjęciu. Tak też się stało i nie muszę chyba dodawać, że nie był to najlepszy pomysł?

Ware wykreowała w swojej powieści mroczny (dom położony w środku lasu, bardzo brrr!) klimat, który sprawia, że powieść jest od samego początku zdecydowanie niepokojąca i daje pewne wyobrażenie o tym, że nie mamy co liczyć na delikatne obchodzenie się z naszymi nerwami. Niby banalna rzecz - wieczór panieński w gronie nowopoznanych osób i litry alkoholu. Powinno skończyć się świetną zabawą, a jednak nikomu nie jest do końca komfortowo. Zwłaszcza że mamy tu kilkoro bohaterów, po których nie wiadomo, czego możemy się spodziewać. Jest Flo, przewrażliwiona organizatorka całego przedsięwzięcia, która niezwykle nerwowo reaguje na wszystkie zachowania odstające od jej wyobrażenia idealnego wieczoru panieńskiego swojej przyjaciółki. Jest Tom, homoseksualny dramaturg, jedyny mężczyzna w tym damskim gronie, który jest niezwykle ciekawy szczegółów przyjaźni Nory, Clare i Niny. Wreszcie ona, bohaterka całego zamieszania - Clare. Piękna, kochana i spokojna... czyżby tylko pozornie?

Lubię książki z nieoczywistą fabułą, w których do końca nie mogę być pewna, co się wydarzy. Historie z cyklu: kto zabił?, i te domysły, tropy podrzucane przez autora, delikatne aluzje i mylące wskazówki. U Ware tych wskazówek jest mnóstwo, a każda z nich z powodzeniem wyprowadzała mnie w pole, co jednocześnie budziło moją frustrację, ale i narastającą fascynację. To dobra powieść na porę taką jak ta, na zimny wieczór spędzony pod ciepłym kocem, z kubkiem ciepłego napoju w dłoni i kawałkiem domowego ciasta. W ciemnym mrocznym lesie trzyma w napięciu i nie puszcza ani na chwilę, a wreszcie zaskakuje tak, że szczęka opada. Świetna!

Tytuł oryginału: In a dark, dark wood
Liczba stron: 376
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra


Pamiętam to jak dziś. Zimno, deszcz lub deszcz ze śniegiem, a dziewiętnastoletnia ja siedzę w autobusie linii 808, jadę na uczelnię i czytam Chemię śmierci. W tamtych czasach, dziesięć lat temu, był to absolutny fenomen. Okładka, pierwsze zdania, mówiące o tym, co dzieje się z ciałem człowieka tuż po jego śmierci... wystarczyło, żeby wywołać u potencjalnego czytelnika gęsią skórkę.

Nie mogłam się oprzeć tej książce, zresztą podobnie jak każdej kolejnej pióra Simona Becketta. I choć po Chemii śmierci żadna z jego powieści nie zrobiła na mnie tak ogromnego wrażenia, miło było do niego wracać. Również teraz, po kilku latach, gdy w 2016 roku w Polsce ukazała się pierwsza, uwspółcześniona powieść Becketta, Zimne ognie.

I jak? Szał? Ekscytacja? Ciarki na plecach? I tak, i nie. Sama historia według mnie jest bardzo w porządku, intrygująca i ciekawa. Mamy oto bowiem trzydziestokilkuletnią Kate, właścicielkę nieźle prosperującej agencji PR, która nieśmiało marzy o dziecku, a jednak na horyzoncie brak jej mężczyzny, z którym mogłaby założyć rodzinę. Kiedy w końcu podejmuje decyzję o sztucznym zapłodnieniu, postanawia starannie wybrać potencjalnego dawcę nasienia i decyduje się na zamieszczenie stosownych ogłoszeń w kilku czasopismach. Wybiera magazyny branżowe, przeznaczone dla konkretnych odbiorców, chcąc zmarginalizować ryzyko, że na jej ogłoszenie odpowie ktoś niewłaściwy. W ten oto sposób trafia na Alexa, psychologa klinicznego, odrobinę nieśmiałego i nieco wycofanego, a jednak zdecydowanego jej pomóc. Żadne z nich nie przewidziało natomiast, że ich "biznesowa" relacja przerodzi się w coś trwalszego, więc gdy Kate udaje się zajść w ciążę, w pierwszej kolejności pragnie podzielić się swoim szczęściem właśnie z Alexem. Problem w tym, że Alex nagle znika i jest zupełnie tak, jakby rozpłynął się we mgle. I właśnie wtedy rozpętuje się piekło.

Wiecie, jaki największy problem miałam z tą książką? Że byłam przekonana, że jest do bólu przewidywalna. Że można było oczekiwać, że Alex nie okaże się być facetem utkanym z marzeń, snów i oczekiwań, tylko zwichrowanym dupkiem (mimo że już na samym początku powieści dostajemy niemal "do ręki" byłego chłopaka Kate, będącego modelowym wręcz villainem, co mogłoby dawać nam jakieś pojęcie o tym, kto faktycznie będzie tym złym). I już w momencie, gdy Kate "prześwietlała" Alexa i upewniała się, że jest tym, za kogo się podaje, ja byłam pewna, że koleś musi mieć jakieś trupy w szafie, w końcu to thriller, a nie bajka o jednorożcach. A jednak udało mu się uśpić moją czujność na tyle, że w pewnym momencie poczułam się naprawdę zaskoczona. W swoich podejrzeniach ograniczyłam się tylko do tego, co było dla mnie aż nazbyt oczywiste, a okazało się, że w głębi kryje się znacznie więcej. I że jest to naprawdę dobre.

Tytuł oryginału: Where there's smoke
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: Czarna Owca

Ocena (1-10): 7 - bardzo dobra